sobota, 17 listopada 2018

the song of true (rozdział 8)


Pingfang, Harbin, Chiny, rok 1938

            - Nie mogę opowiedzieć panu swojej historii - przyznała Aika ze wzrokiem wbitym w podłogę.
- Nie?
- Nie w momencie, kiedy zaczęła pana interesować.
- Czemu?
- Czy zna pan księgę tysiąca i jednej nocy?
Hideki popatrzył na nią zaskoczony.
- Nie. Nie znam.
- Szeherezada trafiła w ręce okrutnego władcy, który  sprowadzał sobie kobiety i zabijał po tym, jak już spędził z nimi noc, a ona, żeby nie podzielić ich losu, opowiadała mu historię, codziennie po kawałku, po kawałeczku... - Aika znacząco zamilkła.
Wtedy dopiero do Hidekiego dotarło, że streszczała mu tę księgę.
- No i co? - zapytał.
- Szeherezada wiedziała, że nie zginie, jeżeli nie doprowadzi historii do końca.
- No i co?
- A więc tego nie zrobiła.
- Nie opowiedziała historii do końca?
- Nie i tym sposobem ciekawość władcy ją ocaliła.
A potem zapadła cisza. Aika zrozumiała, że ubrała się za szybko i maść, jaką przedtem posmarował jej plecy, poprzyklejała się do tuniki. Może z tego powodu siedziała nieruchomo, jakby rzucono na nią czar i przemieniono w pomnik. Na obozowym placu poustawiano kobiety w szereg, a pozbawiony emocji oficer wybrał kilka z nich i zaprowadził do jednego z baraków. Hideki pociągnął za sznurek żaluzji, spuszczając je i sprawiając, że w biurze zrobiło się ciemno. Przez cały czas myślał o tym, co usłyszał.
- Czyli ja jestem rzekomo tym złym władcą? - zapytał wreszcie ze zmarszczonymi brwiami - a ty Szeherezadą?
Aika przytaknęła.
- Nie mogę opowiedzieć panu swojej historii, już pan zrozumiał, czemu?
- Ale ja nie chcę cię zabić.
- A co pan zamierza?
Hideki stał oparty o biurko. W tym momencie złapał lekko jej podbródek, zmuszając ją, by na niego spojrzała. W oczach miała bezbrzeżny smutek.
- Nie musisz się mnie obawiać, mam zamiar zbadać tylko zakamarki twojej duszy.
- Czyli pan jest...
-  Tak, jestem psychiatrą.
- I prowadzi pan na nas badania.
- Nie robię niczego złego, przyczyniam się tylko do rozwoju medycyny, a ty możesz mi pomóc, to wszystko posłuży przyszłym pokoleniom i my... my będziemy bohaterami! - wołał Hideki z nagłym podekscytowaniem.
Aice sam przypominał wtedy potrzebującego pomocy wariata,  przekonującego o swoich racjach nie ją, a siebie, spętanego w sidła chorych idei. Owszem, to, co robił Hideki, było czymś wielkim, lecz mimo wszystko niezaprzeczalnie złym. Nie widział tego? Nie rozumiał, że przyswajana latami nauka była jedynie propagandą? Czy może prawda po raz pierwszy ukazała mu się w twarzy Aiki?

***

            Hideki zatrzymał się przy swoim domu, przez moment podziwiał okazałość budynku, czystość i estetykę. W ogrodzie działała fontanna, otoczona oczkiem wodnym z małymi, złotymi rybkami. Niezliczone gatunki drzewek i krzewów były idealnie przycięte. Trawniki zielone i miękkie, kusiły, by zrzucić buty i przebiec się boso. Wszędzie kwitły kwiaty, pięły się po balustradach i wystawiały kielichy ku słońcu. A nad nimi bzykały owady. Lato w pełni. W tak pięknym miejscu Hideki zapominał o obozie, o wszystkim, co tam zobaczył i usłyszał, tylko nie o Aice... Od kiedy? Od chwili, gdy kazała mu uważać, by nie poparzył się papierosem. Nigdy nie chciał być zamieszany w wojnę. Nigdy nie chciał walczyć o życie i pozbawiać go innych. Młodość poświęcił studiom i karierze uniwersyteckiej, ożenił się, spłodził syna. A potem dostał rozkaz wykorzystywania swojej wiedzy na przesłuchaniach, tych wszystkich, na których nie działały tortury, prowokował ich do powiedzenia prawdy przy pomocy hipnozy lub leków psychotropowych. Nie potrafił pogodzić się z tym, że wykorzystuje medycynę niezgodnie z jej przeznaczeniem, poprosił przełożonego o przeniesienie. I tak trafił z rodziną do Harbinu. A w obozie napatrzył się na o wiele, wiele więcej okropieństw, lecz przecież nie przyczyniał się do tego! Owszem, był świadomy, że inni "lekarze" przeprowadzają chirurgiczne eksperymenty na żywych, zupełnie przytomnych ludziach, badają na nich działania wszelkiego typu broni, rozprzestrzeniają celowo choroby. On natomiast tylko z nimi rozmawiał, wnikał w ich psychikę i zapisywał wnioski. A jeżeli czasami gryzło go sumienie, powtarzał sobie, co wpajali mu wszyscy dokoła: że robi to w imię medycyny, w służbie przyszłym pokoleniom, że każdy skazaniec zagraża potędze Cesarstwa i, że albo zginie, albo ty zginiesz, ty i twoi najbliżsi. Hideki codziennie przechadzał się po obozie i patrzył ofiarom w oczy. Nie widział w nich woli zabijania. A jedynie wolę życia. Albo i nie, czasami była tam po prostu pustka. Hideki powtarzał sobie: oczywiście, są przerażeni, lecz gdyby kiedykolwiek doszli do władzy... traktowaliby nas tak samo. I szczerze w to wierzył. Do kiedy? Do kiedy nie pojawiła się Aika. "Niech pan uważa, poparzy się pan papierosem", powiedziała niezwykle troskliwie. I wtedy, w tamtym momencie cała dotychczasowa wiara Hidekiego w zło została zachwiana.
- Tato! Tato! - rozległ się radosny krzyk synka, który zobaczył go pewnie przez okno i wybiegł do ogrodu.
- Kati! - zawołał Hideki, podniósł malca i okręcił się z nim wokoło.
- Tato, a pobawimy się klockami? Mama nie chce i nudzę się oklllopnie!
- Dobrze, zaraz, tylko zjem obiad.
Hideki wszedł do domu i udał się w kierunku kuchni z uwieszonym u swojej ręki synkiem.
Przy stole siedziała Rina z kieliszkiem trunku, a obok stała opróżniona karafka. Twarz kobiety była zaczerwieniona, oczy opuchnięte i nieobecne.
- O, jesteś, podgrzej sobie zupę - rzuciła z zupełnym zobojętnieniem i popiła łyk alkoholu.
-  Tato, ja też ceee zupy! - upomniał się Kaito.
Hideki domyślił się, że mały nie jadł jeszcze obiadu.
- A ty? - zapytał z lekkim zażenowaniem żonę.
- Dzięki, ja nie będę jadła.
- No tak, zdecydowanie wolisz pić.
- Nie waż się mnie upominać. Nie waż się, słyszysz? Nie ty...
- Yhm, rób, co chcesz.
Rina wstała chwiejnie.
- Ja nic, a nic cię nie obchodzę, prawda?
- Rina...
- Jak i wszystko inne.
- Rina...
- Lepiej przymykać oczy, nie widzieć, co dzieje się dokoła, zrzucać odpowiedzialność na pozostałych.
- O czym ty...
- O twojej pracy w jednostce.
- Rina, jesteś pijana!
Niespodziewanie wypadła z kuchni, zataczając się i zrzucając przypadkowo karafkę. Brzęk szkła uderzającego o podłogę wystraszył synka. Kaito przywarł do ojca i zapytał:
- Co się stało mamie?
- Nie wiem, siadaj do stołu, a ja zaraz podgrzeję zupę.

***

            Aika znalazła wreszcie sposób na przetrwanie. Hideki. Nie wahała się uczynić go swoim protektorem. Dopóki wzbudzała w nim zainteresowanie i utrzymywała w mylnym przeświadczeniu, że osobiście nie robił niczego złego, była bezpieczna. Wpisana na listę pacjentek Hidekiego wiedziała, że nikt z pozostałych "medyków" jej nie tknie, a on sam - nie skrzywdzi. Kiedy wzywał ją do siebie, chciał, by opowiadała mu o swoich snach. Ale Aice nic się nie śniło. Nocami leżała bezsennie na swojej pryczy i pilnowała, by znowu nie ukradziono jej butów, bo za ich brak groziło pobicie, a gdyby zdobyła nowe, naraziłaby się znowu na zemstę kobiet z celi. Nieustannie oskarżały ją, że utrzymuje zbyt bliskie kontakty z Hidekim i spoufala się z okupantami, była dla nich po prostu zdrajczynią. Nie reagowała na ich przytyki. Nie tłumaczyła się. Nie miała powodu. Nie oczekiwała też od nich niczego, podczas posiłków siadała sama, milczała i starała się, o ile to możliwe, być niewidzialna. Aż pewnego wieczoru, gdy brała prysznic, została napadnięta. Rozzłoszczone kobiety biły ją, kopały i gryzły. Nie miała szans się bronić. Ciosy padały ze wszystkich stron i mimo, że wołała o pomoc, nikt się nie zjawił. A potem straciła przytomność. Kiedy ponownie otworzyła oczy, leżała w ciepłym łóżku, w jasnym pokoju, trzymana za rękę. Czyżby umarła i trafiła... Gdzie? Z przerażeniem przyznała, że już nie wierzy w Niebo.
- Nie boli cię? Nie udało mi się dostać leków przeciwbólowych... przepraszam - usłyszała jego głos.
Hideki, to on trzymał ją za rękę.
- Nie czuję bólu - odpowiedziała - co mi jest?
Wtedy dopiero zauważyła, że leży cała w bandażach. Ale nic nie pamiętała... nic.
- Apel... nie zjawiłaś się na nim... poszedłem cię szukać... leżałaś pobita w umywalni - dukał Hideki, roztrzęsiony.
I niespodziewanie sobie przypomniała, te wszystkie kobiety napadające na nią.
- One... One mi to zrobiły.
- Czemu?
- Nie rozumiesz? Nienawidzą mnie za to, że ty mnie lubisz.
Niespodziewanie przestała zwracać się do Hidekiego "pan". Czy to wywarło na nim tak wiele wrażenie? Czy może jej wyznania? Ale wreszcie zrozumiał, wszystko przez niego. Natychmiast wybiegł z sali i pospieszył do celi Aiki.
- Która z was? Która, do cholery?! Jak żadna się nie przyzna, wszystkie zginiecie! - wołał do więźniarek.
Ale kobiety milczały. Nie pytały, o co mu chodzi. Nie zaprzeczały, po prostu milczały. Hideki złapał za włosy przypadkową z nich i zagroził, że jeżeli nic nie powie, wybije jej zęby i wyrwie język.
- Ona pana nie kocha! - rozległ się rozpaczliwy głos kobiety - chce pana tylko wykorzystać, żeby ją pan chronił!
Hideki w przypływie furii wymierzył jej policzek, upadła, zataczając się i wypluwając krew, a żadna z pozostałych kobiet nie zareagowała, były zbyt przestraszone.
            Aika przeleżała kilka tygodni w obozowym szpitalu. Fizycznie powoli dochodziła do siebie, lecz jej dusza nadal cierpiała. Hideki rozpoznał depresję. Wszelkimi sposobami starał się temu zaradzić, dopasowywał leki i terapie. Aika nie czuła się lepiej. Kiedy opuściła szpital, dostała osobną celę, pełniącą przedtem funkcję izolatki, ciasną i bez okien. Co prawda nikt jej tu nie dokuczał, lecz noce pozostały bezsenne, wpatrywała się w sufit, nuciła lub po prostu płakała, a szloch roznosił się echem po mrocznych korytarzach baraku.

***

            Stopniowo wizyty Hidekiego w jej celi przestawały być tak częste, aż wreszcie zupełnie ustały. Aika nie rozumiała tego i obwiniała się, że to z powodu stanu, w jakim od dawna trwała. Czyżby się poddał? Czyżby nie chciał widzieć jej w chorobie? Czyżby go to przerosło? Aika posłusznie przyjmowała leki, które zamiast niego, podawał codziennie strażnik, chociaż nie ich potrzebowała. Jedynym, co mogło ją uzdrowić, były: wolność, miłość i światło. Jak miała powiedzieć o tym Hidekiemu, skoro go nie widywała? Już nie wiedziała, kiedy zaczynał się kolejny dzień, a kiedy zapadała noc, czas tu nie istniał. A wszystko dokoła stawało się tylko powolnym umieraniem. Aika nie zastanawiała się ile godzin, dni, czy tygodni jej pozostało, skoro i tak ich nie rozpoznawała, zastanawiała się ile pozostało jej myśli. Aż pewnego razu przyszedł po nią oficer i rzekł:
- 8864, doktor Kudo chce cię widzieć.
Aika podniosła się szybko ze swojej pryczy. A co jeżeli ten oficer skłamał i tak naprawdę potrzebuje jej do swoich osobistych, okrutnych praktyk? Nie chciała umrzeć w męczarniach. Nie chciała umrzeć... po prostu. Ale ruszyła za oficerem i wydała z siebie westchnienie ulgi, gdy zatrzymali się przy drzwiach do biura Hidekiego. Kiedy została przy nich sama, ostrożnie zapukała, a po chwili usłyszała "proszę". Zalane słońcem biuro. Aika zmrużyła oczy. Hideki stał przy oknie wpatrzony w obozowy plac, dokoła którego, mimo listopadowego chłodu, maszerowało kilka gołych, ukaranych nie wiadomo za co kobiet. Z popielniczki, na zawalonym papierami biurku, wysypywały się pety. Jak zwykle panowała tu cisza.
- Hideki - zawołała go niepewnie.
Wtedy na nią spojrzał, załzawionymi oczami. Kiedy chciała zapytać, co się stało, w kilku krokach znalazł się obok, przyciągnął ją do siebie i wpił się w jej usta.
- Już nie mogłem się powstrzymywać - wyznał.
Łzy spływały mu po policzkach, a ona ocierała je delikatnie kciukami.
- Przed czym?
- Przed grzechem... tylko... czy to naprawdę grzech?
- Bóg nie istnieje - odpowiedziała.
Gdyby istniał byłaby w tym momencie  z kim innym...
Hideki ułożył ją na podłodze i znowu pocałował. Nie spodziewała się, że w jej w połowie martwym ciele zmysły nadal zachowywały czujność. Kiedy leżeli nadzy w swoich ramionach, czuła miękkość dywanu, ciepło słonecznych promieni i miłosny dotyk mężczyzny, oddech przesycony papierosowym dymem. Hideki nie myślał o żonie, nie myślał, że to, co robi jest mimo wszystko zwyczajną zdradą. Specjalnie przez pewien czas unikał Aiki, wierzył, że tyle wystarczy, by wyleczył się z obsesji. Aż wreszcie zrozumiał, że niepotrzebnie się zwodzi, od przeznaczenia nie ma ucieczki. Bo czy to nie przeznaczenie? Że tu, w prawdziwym piekle, odnalazł miłość? Aika nigdy nie dała mu odczuć, że był niedobrym człowiekiem. Jak to możliwe, zastanawiał się czasami, że ze wszystkich ludzi na świecie, wybrała akurat mnie? Ale kiedy się kochali zapomniał o wszelkich obawach, pewien, że chce tego, chociażby żałował przez resztę życia. Aika cały czas patrzyła mu prosto w oczy i po raz pierwszy zobaczył w nich uczucia. Rozkosz. Zdziwienie? Tak. Zdziwienie. Hideki sprawił, że powstała z martwych.
            Już po wszystkim leżeli wpleceni w siebie, uspokajając zmysły i czekając na żal, który nie nadchodził, a pot spływał po ich nagich ciałach.
- Nie lubisz o sobie opowiedzieć, więc poszperałem w twoich aktach - przyznał się w pewnym momencie Hideki.
Aika popatrzyła na niego z niepokojem i wtedy pogłaskał ją po policzku, jakby chciał jej tym gestem przekazać, że nie miała powodu do obaw.
- I? - zapytała.
- Yhm, nie wiedziałem, że jesteś w połowie Koreanką.
- Sama do niedawna tego nie wiedziałam.
- Czemu dołączyłaś do ruchu oporu?
- Wielu ludzi musiało umrzeć, bym ja żyła, byłam zobowiązana kontynuować ich dzieło.
- Czego tam uczyli?
- Patriotyzmu, tego, że musimy walczyć w obronie ojczyzny, jeżeli nie chcemy jej stracić.
- Jak to możliwe, że mnie uczono tych samych rzeczy? - zdziwił się Hideki - powtarzali, że musimy się bronić i zabijać, byśmy sami nie zostali zabici.
- Przed kim? Przecież to nie my na was napadliśmy. I to my tylko się bronimy.
- Nie wiem już, co jest dobre, a co jest złe, wiem tylko, że ty jesteś czystym dobrem.
- Gdybym była, nie znalazłabym się tu.
- Co masz na myśli?
Nie odpowiedziała. Gdyby nie zdradziła Akiharu... Pewnie by się tu nie znalazła. Nie chciała o tym rozmawiać. Nie w takim momencie.
- Nieważne.
Hideki jakby czytał jej w myślach.
- Wiem, że trafiłaś tu za pomoc w ucieczce jednego ze skazanych… kto to był? I czy ty go kochasz? - zapytał.
Aika poczuła bolesne ukłucie w sercu. Nie może pozwolić poznać po sobie, że to wszystko, co robi, jest jedynie sposobem na przerwanie, by zobaczyć go ponownie. Jonghyuna. Jonghyuna i Minori. Z powrotem wtuliła się w Hidekiego i wyznała tak, by jej uwierzył:
- On nie żyje.
A potem pozwoliła, by ukołysał ją do snu swoimi ramionami.
Wtedy stali się kochankami. Hideki nie łudził się, że to minie. Nie zaprzeczał, gdy obozowi koledzy plotkowali o nim i słynnym numerze 8864. Nie krył się z tym, skoro wydawało mu się czymś zupełnie naturalnym, a przede wszystkim... dobrym. Nie słuchał, gdy go przestrzegano. Nie czuł się winny. Jak gdyby po raz pierwszy w życiu robił, co naprawdę powinien. A Aika była z siebie dumna, że zdołała go zwieść i jednocześnie nienawidziła siebie za to, że bliskość tego mężczyzny sprawiała jej przyjemność. I tak trwali w tych dziwnych czasach, w tym dziwnym miejscu, w tym dziwnym uczuciu.

Keijo, okupowana Korea, rok 1944

            Minori chichotała i klaskała, gdy automobil podskakiwał na wyboistej drodze w środku lasu.
- Szybciej! Szybciej, ciociu! - powtarzała podekscytowana.
- Nie pojedziemy szybciej, bo ten stary gruchot zupełnie się rozleci - odpowiedziała jej na to stanowczo Yuri.
- Tata go naprawi. Skoro umie naprawiać ludzi, na pewno umie naprawić też automobil. C'nie?
Skąd wiedziała, że Jonghyun nadal leczył? Już nie w szpitalu, lecz w swoim domku w lesie, pomagał partyzantom w potrzebie. Nigdy nie przyprowadzał tam dziewczynki, bo chociaż od dawna nie był poszukiwany, mimo wszystko powinien zachowywać się ostrożnie.
Yuri nie odpowiedziała, gdyż akurat dotarli do polany i skupiła się na zatrzymywaniu pojazdu. Minori z radosnym okrzykiem wysiadła z samochodu i pognała w kierunku mężczyzny, którego wybrała sobie na nikogo innego, jak swojego ojca. Jonghyun stał oparty o drzewo, lecz kiedy tylko ujrzał dziewczynkę, pochylony, rozłożył ramiona, a ona zaraz w nie wpadła. Potargane kosmyki jej włosów łaskotały go w policzki.
- Nie uczesałaś się.
- Nie uczesałam się, bo liczyłam, że ty mnie uczeszesz - powiedziała Minori i sięgnęła z kieszeni sukienki dwie kolorowe wstążki.
- No to stój prosto - Jonghyun usiadł za nią - kitki, czy warkoczyki?
- Ymmm... warkoczyki!
Delikatnie przeczesał palcami jej włosy i zabrał się za ich splatanie.
- Hej, braciszku! - zawołała w tym momencie Yuri, stając obok samochodu i ocierając pot z czoła.
- Hej, ty też się nie uczesałaś - zarzucił siostrze Jonghyun.
- Ja też liczyłam, że ty mnie uczeszesz, niestety, zapomniałam wstążki.
- A więc nici z czesania.
- No chyba, że ciocię obetniesz. Na łyso - zażartowała Minori.
- O nie, nie zetnę włosów!
I tak przekomarzali się przez pewien czas, a potem Yuri wsiadła z powrotem do automobilu i pojechała do obozowiska dostarczyć partyzantom żywność i inne potrzebne im produkty, obiecała jednakże bratu i podopiecznej, że wracając posiedzi z nimi trochę. Jonghyun dodał, żeby szukała ich przy potoku. Czasami urządzali tam sobie piknik i tak zrobili też dziś. Dokoła roznosił się ptasi śpiew i szum wody, wiatr poruszał koronami drzew, a w powietrzu fruwały nitki babiego lata. Jonghyun polecił niespodziewanie "zamknij oczy, otwórz buzię". Minori posłuchała go bez wahania i po chwili poczuła na języku cudownie słodki smak - czekolada. W przypływie euforii zjadła jeszcze kilka kostek, przy czym ubrudziła sobie twarz i rączki. Aż wreszcie opanowała się, popatrzyła lekko zawstydzona na Jonghyuna i powiedziała mu tę samą formułkę.
On też posłuchał i pozwolił, by włożyła mu do ust czekoladę. Ostatnią kostkę postanowiła zatrzymać dla Yuri.
- Dobrze, to twoja czekolada, możesz z nią zrobić, co chcesz - przyznał w odpowiedzi Jonghyun.
- Tato...
- Tak?
- Czemu nigdy nie spotykamy się domu? - zapytała - ani w twoim, ani w moim.
Jonghyun milczał. Jak to wytłumaczyć? Jak to wytłumaczyć kilkuletniej dziewczynce? Że tata musi się ukrywać. Że nie, nie zrobił nic złego. Że po prostu... Co? A to pewnie dopiero początki trudnych pytań. Coraz trudniejszych i trudniejszych. Co się stało z mamą? Czemu nie jesteś moim prawdziwym tatą? Z wszystkimi tymi pytaniami przyjdzie mu się zmierzyć i  odpowiedzieć.
- No... więc... to taka zabawa.
- Niby jaka? Nie znam takich zabaw.
Jonghyun szukał odpowiednich słów.
- Nigdy nie zastanawiałaś się, co byś czuła, jakbyś… nie była widzialna? - zapytał -  a kiedy nikt nas nie widzi, to jakbyśmy nie byli widzialni, prawda?
Minori chyba zaakceptowała owo wytłumaczenie. Pewnego dnia dowie się i tak, że to nie była zabawa, że to była wojna. Pewnego dnia, nie dziś, jeszcze nie dziś.
- Tato, mogę się wykąpać w potoku?
- Nie, słonko, woda jest za zimna, możesz ewentualnie pomoczyć nogi.
Minori pospiesznie zrzuciła buciki i dopadła do brzegu. Jonghyun położył się na piasku i wpatrywał się w sylwetkę swojej i tylko swojej córeczki. Pomimo tego wszystkiego, co się działo dokoła, była bezpieczna, naprawdę bezpieczna. Ukołysany tym spokojem, zapadł w drzemkę. A kiedy otworzył oczy, nie dostrzegł Minori w pobliżu, obok stały tylko jej buciki. Z przerażeniem przeczesywał teren, wołając ją po imieniu. Nie odpowiadała. Co jeżeli ktoś zaczaił się na dziewczynkę i zrobił jej krzywdę? Co jeżeli sama postanowiła mimo wszystko wejść do wody i utopiła się w wartkim nurcie? Nie upilnował swojej córeczki. I wtedy ni stąd ni zowąd wyszła spomiędzy drzew, cała i zdrowa.
- Tu jestem! - zawołała.
Jonghyun, kucając, złapał ją za rączki i potrząsnął.
- Gdzie byłaś? Czemu nie odpowiadałaś na wołania? Czy wyobrażasz sobie, jak ja się niepokoiłem?!
W jej oczach dostrzegł lęk.
- ... przepraszam... bawiłam się, że jestem niewidzialna - wyznała ze smutkiem i wbiła wzrok w swoje stopki.
- Nie oddalaj się ode mnie. Dobrze? Nigdy więcej.
- Dobrze, tatusiu. Nie będę, obiecuję.