piątek, 14 września 2018

the song of true (rozdział 3)


            Minori wpatrywała się w lustro w zakładzie fryzjerskim i w szybkie ruchy nożyczek. Nie żałowała swojej decyzji. To był po prostu kolejny krok do wykonania przed rozpoczęciem wyprawy i nie kwestionowała go. Ręce trzęsły się fryzjerowi, kiedy obcinał jej włosy, uważał pewnie, że zwariowała, a ona z uśmiechem patrzyła na spadające na podłogę kosmyki. Tak wiele razy Jinsu wtulał w nie twarz... Poza tym, chociaż czasy się zmieniły, nadal powtarzano, że kobiety powinny nosić warkocz do pasa, zamiast obcinać się na "chłopczycę". Minori nigdy nie przejmowała się konwenansami, do wszystkiego miała nowoczesne podejście. To również zasługa Jinsu. On pokazał jej, że świat nie jest ani czarny, ani biały, pokazał jej kolory, a potem odszedł. Niespodziewanie znowu zakłuło ją serce. Pod sufitem ociężale obracał się wiatrak, szczęk nożyczek zagłuszał ciszę. Minori zagryzła wargi.
- Czy nie uprzedzałem? - zapytał z przekąsem fryzjer - że żal się zrobi tych dorodnych włosów?
- Nie jest mi żal.
- A sprawia panienka wrażenie, jakby żałowała.
- Nie jest mi żal - powtarzała, wpatrując się w swoje odbicie i przyzwyczajając się do efektu, po czym dodała z przekonaniem - zaczynam nowe życie.

***

            W domu spakowała wszystkie rzeczy, które kojarzyły jej się z Jinsu. Bez wahania wyrzuciła pełen karton, a przy okazji skopała kilka razy. On niestety nie może tego poczuć, przyznała, powinnam sobie sprawić laleczkę voodoo. Kiedy matka przyszła ze szkoły muzycznej, gdzie udzielała lekcji śpiewu, a ojciec ze szpitala, w pokoju Minori panował niewyobrażalny bałagan. Nie tylko rzeczy wyrzucone z szaf przy jej ostatnim ataku furii walały się po podłodze, lecz i wszystkie inne, a ona siedziała pomiędzy nimi i pisała z zapałem w notesie. Nie zauważyła, że rodzice stoją w drzwiach i przypatrują jej się. Dopiero zapytana, co robi, poinformowała:
- Listę potrzebnych do zabrania rzeczy.
- Nie masz jeszcze zarezerwowanego biletu na prom i noclegu w Fukuoce - przypomniała jej matka.
- Nie rozmawiałaś też nadal ze swoim  szefem, więc zaczekaj z pakowaniem - poradził po chwili ojciec.
Minori nie odłożyła notesu.

***

            Nie posprzątała też bałaganu, przez co cały czas potykała się o porozwalane rzeczy, padała z hukiem na podłogę i głośno przeklinała. Taka poobijana zjawiła się następnego dnia w kawiarni, gdzie pracowała i powiedziała szefowi, że odchodzi. Z niepokojem obserwowała, jak stawał się coraz bledszy i bledszy. Nie był młody, zbliżał się do sześćdziesiątki i powinien unikać stresu, bo kolejny zawał może okazać się bardzo niebezpieczny. Go Wooyoon, jej szef milczał przez moment, a potem podsumował ze stoickim spokojem, lecz tylko pozornym:
- Więc chcesz odejść.
- Tak.
- A czemu?
- Już nastał na to czas, nigdy nie ukrywałam przed szefem, że zamierzam popracować tylko przez wakacje.
- Tak, pamiętam, powiedziałaś, że chcesz się uczyć i iść na studia. Jaki kierunek wybrałaś?
- Nie będę się uczyła, będę podróżowała.
Wtedy zapadła cisza, siedzieli przy jednym z kawiarnianych stolików, popijali sok i badali się nawzajem wzrokiem.
- Ach, rozumiem... podróżowała.
- Tak, szefie.
- A gdzie, jeżeli wolno zapytać?
- Na początku polecę do Japonii. A potem, nie wiem sama, nie wiem też, ile to potrwa.
- Yhm.
Go Wooyoon. Nigdy nie był zbyt rozmowny. Ale dziś po prostu pokonał rekord udzielania zdawkowych odpowiedzi. Minori chciała zdradzić mu prawdziwy powód swojej wyprawy, lecz wiedziała, że powinna być ostrożna. Nikomu nie może powiedzieć, że postanowiła szukać prawdy o śmierci biologicznej matki, bo prędzej, czy później informacja o tym dotrze do jej rodziców i to ich bardzo zmartwi. Niepotrzebnie też zdradziła zbyt wiele Taehyunowi.  Ale coś sprawiało, że mu ufała, sama natomiast nie wiedziała, co.
- No i przez ten czas zastanowię się, co chciałbym robić po powrocie - oznajmiła.
Kiedy opowiadała o swoich planach po raz pierwszy od dawna emanowała dziecinnym wręcz entuzjazmem.
- Minori, czy coś się dzieje? - zapytał ją szef - obcięłaś się, postanowiłaś odejść z pracy i wyruszyć w podróż... przed czym starasz się uciec?
- Nie staram się uciec.
- Nie?
- Nie, może po prostu dorosłam.
- A... może chodzi o tego chłopaka, co?
Minori zadrżała. Naprawdę to tak bardzo rzuca się w oczy? Ze smutkiem spuściła wzrok i powiedziała:
- No, niestety, o niego też chodzi... poznaliśmy się tu, w kawiarni, i wszystko dokoła mi go przypomina.
Nie skłamała. Nie potrafiła wyrzucić Jinsu ze swoich myśli i skupić się na czymkolwiek innym podczas pracy. A to ją powoli wykańczało.
Go Wooyoon skwitował jej wyznania milczeniem, a potem dodał, że gdyby tylko chciała, po powrocie może na nowo ją zatrudnić.
- Nie decyduj zbyt pochopnie - poprosił.
Na co liczył, skoro wszystkie decyzje w jej życiu były pochopne?
- Naprawdę, dziękuję, szefie, choć pewnie nie skorzystam.
- Twoja szczerość sprawia, że czasami nie wiem, za co cię lubię.
- A ja podejrzewam, że akurat za tę szczerość.
- Ach, idź już! Nie chcę cię tu widzieć, ty… mała zdrajczyni! - zachichotał Go Wooyoon.
- Ależ nigdzie nie idę, do wyjazdu jeszcze będę tu pracowała, no, dorobię sobie trochę pieniędzy!

***

            Minori wspinała się niepewnie po zewnętrznych stopniach do mieszkania okalanego niewielkim tarasem na dachu innego budynku. Sama zaproponowała, że odwiedzi Taehyuna, kiedy zadzwonił i poinformował, że załatwił wszystko, o co go poprosiła. Skoro zależało jej na dyskrecji, wydawało się to dobrym pomysłem. Nie zaprotestował, zapytał tylko, czy trafi, a ona odpowiedziała, że tak. I chociaż lekko po drodze pobłądziła, ostatecznie dotarła do celu i zdecydowanie zapukała do drzwi.  Taehyun otworzył niemalże natychmiast, jak zwykle elegancki i przywitał ją serdecznie:
- Cześć, zapraszam w moje skromne progi.
Minori zrzuciła buty, chociaż kazał jej tego nie robić, i poczuła pod stopami szorstkie deski, co wbrew pozorom nie okazało się nieprzyjemnie. Z podekscytowaniem rozejrzała się dokoła i skierowała kroki do jedynego pokoju, skromnie umeblowanego, zatopionego w przytłumionym świetle. Poza biurkiem, starą, trzeszczącą szafą, regałami na książki i tapczanem nie było tu zupełnie nic. Żadnych dodatków. Żadnych kwiatów. Żadnych fotografii. Surowość w każdym z kątów. Czemu w myślach zaczęła się zastanawiać i planować, jak by to mieszkanie urządziła? Ale szybko się opamiętała.
- A więc co dla mnie masz? - spytała z uśmiechem.
Taehyun podał jej kopertę.
- W środku jest bilet na prom i notatka z adresem hoteliku z zarezerwowanym dla ciebie noclegiem.
- Dziękuję.
- Nie ma za co.
- Ile jestem ci winna?
Taehyun podał jej kwotę, zapłaciła, a potem przejrzała zawartość koperty, gdzie znalazła wszystko, czego potrzebowała.
- I... mam dla ciebie coś jeszcze, Minori.
- Naprawdę, masz dla mnie prezent?
- To, żebyś zapisywała przebieg swojej wyprawy - rzekł i podarował jej klasyczny, oprawiony w czarny zamsz notes, przy czym musnęli się przypadkowo palcami.
- Dziękuję! - powtórzyła.
Słońce zachodziło za oknem, padało na jej twarz i dawało wrażenie, że cała promieniała. A może tak było? W sercu czuła rozkoszne ciepło. Taehyun schował ręce za siebie. Przez moment milczeli, wydawało im się, że to koniec rozmowy i wtedy Minori zaburczało w brzuchu.
- Hm, ktoś tu chyba nie jadł dzisiaj kolacji, co?
-  W zasadzie nie jadłam.
- No to dobrze się składa, była u mnie ciocia Yuri i zostawiła różne smakołyki.
- A co konkretnie?
W odpowiedzi Taehyun ubrał fartuch i z powagą, jaka nigdy go nie opuszczała, nieważne, czy to w sytuacjach oficjalnych, czy kiedy żartował, oznajmił:
- Dzisiejszego wieczoru szef kuchni ma w swojej ofercie zupę z kiełków fasoli, kurczaka w sosie kurkowym, kimchi i wiele, wiele innych, zapraszam więc do stolika i proszę o cierpliwość,  zapewniam szanowną panią, że warto.
Minori zachichotała, rozbawił ją, szczerze. I narobił jej smaku. Tak, że po chwili siedziała na poduszce przy niskim stoliku na tarasie. Słońce jeszcze nie zaszło, pomarańczowa poświata powoli znikała za fasadami przeciwległych budynków, mimo to raziła w oczy. Minori uwielbiała tę porę dnia, gdy powoli, powolutku, na paluszkach nadchodziła noc. I chociaż widziała w życiu sporo zachodów, ten wydawał jej się inny. Nie rozumiała, czemu. Nie rozumiała zbyt wielu rzeczy. Taehyun nie dopuszczał jej do gotowania, nie pozwalał w niczym pomagać, chciał, by udawała klientkę restauracji i szybko wczuła się w tę rolę. Nadal chichotała, kiedy podawał do stolika wymienione poprzednio dania i zwracała się do niego "szefie kuchni". A kiedy zaoferował jej wino, skusiła się na kieliszek. Oczywiście wypili za to, by dowiedziała się podczas wyjazdu tego, czego zamierzała i bezpiecznie wracała do domu.
- Naprawdę, nie wiem, czemu tak się wszyscy o mnie niepokoicie.
- Rzadko spotyka się osiemnastoletnią dziewczynę wyruszającą samą w świat.
- Bo ja jestem wyjątkowa!
- Nie przeczę.
- Ale jeżeli tak się o mnie niepokoisz, mogę do ciebie przedzwonić z Fukuoki.
- Koniecznie.
- Oppa, ubrudziłeś się sosem.
- Gdzie?
Minori przejechała umazanymi w sosie palcami po policzku chłopaka.
- O tutaj! - zawołała i wybuchła szalonym śmiechem.
Taehyun podłapał tę zabawę, nawzajem mazali się sosem, a przy tym wszystko dokoła. Nie powstrzymały ich odgłosy sprzeczki z mieszkania obok, czy klakson zza rogu ulicy. W pewnym momencie Minori zachwiała się, mimowolnie upadła na chłopaka. Bez zastanowienia przytrzymał ją i pocałował. Nie odpowiedziała tym samym. Nie odepchnęła go jednakże od siebie. Taehyun ledwie posmakował jej ust, zaraz potem się opamiętał. Z policzkami spalonymi wstydem i wzrokiem wbitym w podłogę, wyznał:
- Ja... prze… przepraszam.
Minori potrzebowała chwili na pozbieranie myśli, nie wiedziała, czy to wydarzyło się naprawdę, czy nie... Ale jej usta były wilgotne po tym pocałunku. I serce tak szybko biło.
- Nic się przecież nie stało. Nikt przez to nie umrze - powiedziała, by pocieszyć go nieco i uspokoić.
- Nie wiem, czemu to zrobiłem. Nie wiem, naprawdę. Nie wiem, jak mam cię przeprosić...
- Nie tłumacz się, powiedziałam, że wszystko ok – Minori pospiesznie wstała – trzymaj się.
- Już idziesz?
- Yhm.
- Nie... to przez to co zrobiłem, prawda?
- No co ty, idę, bo jest już późno.
Słońce zaszło zupełnie, a miasto spowijała szarość, szarość, szarość.
Najlepsza pora dnia? Najgorsza.
- Może chociaż pozwolisz się odprowadzić?
- A po co? - zapytała nieco obcesowo - wyruszam sama w świat, nie potrzebuję odprowadzenia do domu.
- No to cześć.
- Pa!
Minori założyła buty i poszła sobie. Nie była zła na Taehyuna. Nie chciała po prostu, by przez cały czas tłumaczył się i przepraszał. Naprawdę uważała, że nic się nie stało. Nie widziała sensu roztrząsania tego. Niespodziewanie usłyszała zza siebie głos:
- Hej, zaczekaj, posłuchaj!
Taehyun biegł za nią, sprawiał wrażenie przestraszonego i pogubionego.
- Ja... proszę, wybacz mi.
- Nie mam czego ci wybaczać.
- Skoro nie jesteś zła, to czemu wyszłaś?
No czemu wyszła? Bo widziała, jak jej obecność go zawstydzała? Minori położyła mu ręce na ramionach.
- Nie wyszłam z powodu tego, co zrobiłeś, po prostu musiałam. Nie jestem zła i obiecuję, że odezwę się do ciebie, gdy tylko nadarzy się okazja - zamilkła na moment, po czym spojrzała mu prosto w oczy i przyznała - bardzo cię lubię.
A potem ruszyła z powrotem przed siebie i zostawiła go pośrodku ulicy tak samo przestraszonego i pogubionego, jak przedtem, lecz... przepełnionego nadzieją.
- Hej, Minori! Takahashi Minori! Minori, uważaj na siebie!

***

            Już po kilku dniach bałagan w pokoju Minori znalazł się znowu w szafach i w dwóch, wielkich walizkach. Ledwie potrafiła je unieść, mimo to nie pozwoliła sobie pomagać w drodze do portu, sama wpakowała, a potem wypakowała bagaże z samochodu. A skoro zabrała tyle rzeczy, nie planowała zbyt szybko wracać. Mei rozpaczała i wymieniała wszystkie możliwe podczas podróży zagrożenia. Naprawdę liczyła, że tym sposobem wystraszy Minori i zatrzyma w domu? Jonghyun milczał, nie łudził się, że rozpaczanie cokolwiek zdziała. Gdyby byli zdolni odwieść ją od tego pomysłu, dawno by to zrobili. W tym momencie pozostawała tylko akceptacja. Minori zapewniała, że nikomu nie da się okraść, zaciągnąć w krzaki, zgwałcić i zamordować. Aż wreszcie przestała słuchać, co jeszcze może jej się przydarzyć i obojętnie obserwowała zza szyby krajobrazy miasta. Nie czuła żalu, uciekała od wszystkiego, co znała, bo pragnęła czegoś nowego. W porcie było tłoczno, roiło się od dystyngowanych dam z towarzystwa, panów w garniturach, par i całych rodzin. I Minori, sama, zupełnie sama, samotna. W cieple letniego poranka rodzice ściskali ją, dawali dobre rady i prosili o kontakt, jak tylko dotrze do celu. Ona natomiast obiecała, że tak zrobi, chciała dodać, że ich kocha, lecz nie chciała brzmieć zbyt melodramatycznie. Ostatecznie nic więcej nie powiedziała, nieco znudzona pożegnaniami, ze znajomymi, ze wszystkimi swoimi babciami i wreszcie z mamą i z tatą. A kiedy wyswobodziła się z ich objęć, podniosła walizki i ustawiła się w kolejce na prom. Z uśmiechem podała kontrolerowi bilet, a potem ruszyła w poszukiwania swojej kajuty. Nie była zbyt duża, lecz do spania wystarczy. Minori zostawiła tam walizki i pognała z powrotem na pokład, by jeszcze raz zobaczyć rodziców i pomachać im na pożegnanie. Nigdy przedtem nie sprawiali wrażenia tak kruchych i bezbronnych. Ale przed czym ja miałabym ich bronić?, zastanawiała się Minori, przed uczuciem pustki? O tym wszystkim rozmyślała, gdy prom odbijał od brzegu, a wybrzeże stawało się mniejsze i mniejsze. Już nie ma odwrotu, kiedy to zrozumiała, zatrzęsła się lekko. A może po prostu prom zakołysał się na falach. Aż wreszcie horyzont znalazł się poza zasięgiem jej wzroku. Minori miała nadzieję, że rodzice nie stoją nadal w porcie i nie wpatrują się w morze z tą samą mieszanką tęsknoty i fascynacji. Nikt jej nie zaczepiał. Nikt jej nie zagadywał. Nikt jej nie przeszkadzał, gdy przypominała sobie historię słynnej koreańskiej wokalistki. Yun Simduk w czasach okupacji nagrała w Japonii piosenkę napisaną przez rosyjskiego kompozytora Ivanovicia, a podczas powrotu do ojczyzny wyskoczyła ze statku ze swoim ukochanym. Mei raz o tym opowiadała i dodała wtedy: twoja biologiczna mama lubiła tę piosenkę. Minori zrozumiała więc, czemu nigdy jej nie słuchali. Jak okrutne może być życie, by pokłonić się śmierci w mrocznych morskich falach? Minori przebiegł przez plecy zimny dreszcz. A skoro na dworze i tak zrobiło się ciemno, postanowiła iść z powrotem do kajuty i położyć się. Nie potrafiła dopasować swoich ruchów do rytmu, z jakim kołysał się prom, co spowodowało, że po chwili walczyła z nudnościami i kilka razy musiała wstawać, by zwymiotować. Nie pamiętała, kiedy ostatnio czuła się tak fatalnie, cały czas kręciło jej się w głowie, nic nie zjadła przez resztę podróży, a jak tylko zapadała w niespokojny sen, miała koszmary. Ledwie udało jej się zejść z promu, gdy wreszcie dotarli do portu w Fukuoce, walizki sprawiały wrażenie cięższych niż poprzednio, jakby ważyły tony. Słoneczne promienie raziły w oczy, zwłaszcza kogoś, kto nie wychodził przez tyle czasu z ciemnej, klaustrofobicznej kajuty. Minori nie chciała sprawdzać w lusterku, jak wygląda, wiedziała, że źle, że bardzo źle. Na pewno była blada, jakby powstała z martwych i tak się czuła. Och, mamo, tato, dobrze, że mnie nie widzicie! Nieustannie wzywała ich w myślach, trapiona chorobą morską. Lecz jak tylko poczuła pod stopami ląd, na nowo nabrała sił. Niespodziewanie tragarz zaproponował jej pomoc w noszeniu bagaży. Nie pogardziła, dała mu kilka drobnych i karteczkę z adresem hoteliku. Zadowolony wrzucił walizki na zużyty, rozwalający się i podskakujący przy każdym kroku wózek, a potem pokazał jej, żeby szła za nim. Minori rozglądała się po drodze dokoła, port jak port, wbrew oczekiwaniom nie ujrzała tu innego, nieznanego świata. W milczeniu minęli targ rybny, pełen rozkrzyczanych ludzi i intensywnych, niekoniecznie przyjemnych zapachów. Bezdomni klęczeli to tu to tam, lecz o nic nie prosili, jak gdyby wiedzieli, że nikt nic im nie da. Nadbrzeżna karczma rozbrzmiewała okrzykami rozgrywających hazardowe potyczki i upijających się piwem marynarzy, z ich ust zwisały papierosy. Niespodziewanie tragarz zauważył podpisy na walizkach i zapytał:
- Takahashi Minori... czyżby była panienka Japonką?
- Nie wiem, kim ja jestem - odpowiedziała ze wzruszeniem ramion.
A potem nikt nic więcej nie mówił.
Minori zameldowała się w hoteliku, została zakwaterowana w pokoju na poddaszu z widokiem na port. Czy naprawdę niczego innego tu nie zobaczy? Lekko rozczarowana zjadła skromny posiłek w stołówce, obmyła się trochę i przebrała. Jutro zjawi się na spotkaniu autorskim Kim Dahee. Dzisiaj odpocznie po podróży. Minori położyła się wcześnie, niestety sen nie nadchodził, zrezygnowana rzucała się tylko bezsennie z boku na bok. Aż wreszcie wstała, otworzyła okno i siadła na parapecie, owiana świeżym powietrzem. W porcie rozkwitało nocne życie, karczma przepełniona po brzegi, prostytutki, przytłumione brzmienie muzyki, światła, wszędzie światła. Minori sięgnęła sprezentowany jej notes i zaczęła spisywać pierwsze wrażenia z wyprawy. A wtedy zza okładki wypadł zwitek pieniędzy, niemała suma. Taehyun... postarał się, by nie znalazła ich jeszcze w Korei i nie usiłowała mu ich oddawać, sprytnie to zaplanował. Minori poczuła się jednocześnie zakłopotana i wzruszona. A potem przypomniała sobie: miała do niego zadzwonić! Bez zastanowienia zarzuciła szlafrok i udała się do recepcji. Nie porzuciła tego pomysłu, kiedy dowiedziała się ile kosztuje taka rozmowa, wybrała numer szpitala, tylko po to, by przekazano jej, że Taehyun nie ma dziś nocnego dyżuru.
- Ale powiem mu, że panienka telefonowała.
O nie! Co sobie pomyśli jak usłyszy, że wydzwaniała do niego w nocy? O zgrozo, nie, nie, nie!
- Proszę go o tym nie informować -  zdecydowała i rozłączyła się.
Czemu on nie ma w domu telefonu? Czy to nie ułatwiłoby wiele? Ale rodzice mają w domu telefon, zaraz do nich zadzwoni!

***

            Nazajutrz z rana znowu starała się skontaktować z Taehyunem i znowu usłyszała, że nie może podejść, bo jest akurat na sali operacyjnej.
- Ale powiem mu, że...
- Nie! - przerwała pospiesznie recepcjonistce - odezwę się później.
A przy okazji wyda wszystkie pieniądze na te bezsensowne telefonowanie. Niezadowolona poszła z powrotem do pokoju. Taehyun... pocałował ją. Czemu? Czy stwierdził, że zasłużył na to w ramach podziękowania za prezent? Oby nie... poczułaby się wówczas jak zwykła dziwka. A chyba nie na tym mu zależało. Minori miała mętlik w głowie i żeby się go pozbyć zaczęła szykować się do wieczornego spotkania. Z prasy wiedziała, że odbędzie się ono w gmachu biblioteki uniwersyteckiej, w recepcji poprosiła o wezwanie taksówki i stawiła się na czas przed drzwiami hoteliku. Nie odpowiadała na pytania taksówkarza, by zrozumiał, że życzyła sobie spokoju. Czy zdoła porozmawiać z autorką? Co jej powie? Co sama usłyszy? Minori niecierpliwiła się i obawiała się jednocześnie, po raz kolejny pożałowała, że nie ma tu nikogo, kto dodawałby jej wsparcia. Ale nie podda się, nie, podoła temu wyzwaniu jak i wszystkim innym w swoim życiu. Z tym postanowieniem zajęła miejsce w sali. Zachwycona rozglądała się dokoła, gmach biblioteki imponował rozmiarami i wyszukanym stylem, utrzymany w jasnych kolorach, napawał prawdziwym optymizmem. Ludzie przez cały czas się schodzili. Minori nie zwracała na nich uwagi. Gdzie jest Dahee?, zastanawiała się, jak zareaguje, kiedy dowie się, kim ja jestem? I wreszcie zjawiła się na scenie przy plakacie ze zdjęciem swojej książki. Z uśmiechem ukłoniła się i usiadła w fotelu. Kim Dahee, zadbana i elegancka, starannie upięte włosy, niebieska, idealnie skrojona garsonka, lekki, ledwie widoczny makijaż. Istnie charyzmatyczna postać. Bez problemu porwała publiczność opowiadaniem o powstawaniu jej autobiografii. Minori przyznała, że po raz pierwszy poznała tak czarującą osobę, otwartą i pogodną, pomimo tego wszystkiego przez co musiała przejść. Niepokonana. Dahee na koniec zaprosiła zainteresowanych do zadawania pytań i kupowania książki. Minori w milczeniu ustawiła się w kolejkę. Co się wydarzy? Ludzie pochodzili, zadawali pytania i prosili o autografy. Minori postanowiła też tak zrobić - poprosić o autograf, a potem się zobaczy. Z emocji serce biło jej bardzo szybko, jeszcze tylko kilka osób i ja, myślała, jeszcze tylko... o, to już! Niespodziewanie znalazła się na wprost autorki. Niepewnie sięgnęła po egzemplarz książki, zapłaciła i poprosiła o dedykację: dla Takahashi Minori. Czy mnie rozpoznałaś? Tak. To ja. To naprawdę ja. Nie pomyliłaś się. Dahee podniosła na nią wzrok, a jej twarz zastygła w bezruchu. Skupienie. Niedowierzanie. Skupienie.
- O Boże, ty jesteś... jej córką, ty jesteś córką Aiki! - zawołała stanowczo zbyt głośno i wstała, zamykając ją w swoich ramionach.